|
Na początku (czyli jakieś 100 lat p.n.e.) był sobie azjatycki teatr cieni (różne źródła podają, że powstał albo w Chinach albo w Indiach), animowane za pomocą kijków lub drutów lalki, wykonane ze skóry lub papieru, podświetlano od tyłu, a uzyskany w ten sposób cień „wyświetlano” na ekranie. W różnych formach (lalki, laki mechaniczne, cienie rzucane przez dłonie i w końcu żywi aktorzy) teatr cieni przetrwał do dziś. Taka „technika cieni” jest nie tylko bardzo tania ale pozwala na wizualizację praktycznie wszystkiego co człowiekowi przyjdzie do głowy. Już w 1923 roku zrozumiała to niemiecka twórczyni Lotte Reinger (http://www.awn.com/mag/issue1.3/articles/moritz1.3.html), realizując swoje pełnometrażowe animacje (min. „The Adventures of Prince Achmed”, „Dr. Dolittle”) właśnie za pomocą stylizacji na „lalkowy teatr cieni”. Z tego co się orientuję, to aż do jej śmierci (w 1981 roku), pozostawała ona jedynym twórcą, który wyszedł z taką estetyką poza ramy teatru (nie licząc oczywiście sporadycznie pojawiających się ilustracji książkowych i telewizyjnych teatrów dla dzieci). Gdzieś w okolicach 2001 roku na scenę wkracza francuski rysownik komiksów Stephane Blanquet (http://www.blanquet.com/), facet jest jednym z najbardziej pojechanych kolesi tworzących obecnie we Francji (co zresztą możecie sobie sami sprawdzić na jego stronie, szczególnie polecam dział „wystawy” i „body painting”), nie dziwi więc fakt, że wykorzystał „cienie” do realizacji totalnie pokręconych makabresek takich jak „La nouvelle aux pis” (wyd. Cornelius) czy eksperymentalne „Le Fond du Jardin” (wyd. B.u.l.b comix). Oczywiście Blanquet nie ogranicza się do tej jednej konwencji graficznej, często nawiązuje do klasycznej estetyki komiksowego undergroundu, maluje gwaszem, robi collage i stylizowane fotografie, ogólnie dużo dziwnych, wydawanych na różne sposoby, rzeczy (których jakość edytorska zachwyciłaby zapewne nie tylko Jarka Składanka), namiastką jego zakręconej wyobraźni jest chociażby, znana u nas niektórym, „dwustronna” okładka słoweńskiego „Warburgera”. Ciekawe, kiedy polscy wydawcy odważą się sięgnąć po twórczość tego autora. A wracając do głównego tematu dzisiejszego wpisu, konwencja „teatru cieni” pojawiła się ponownie w 2005 roku, pod postacią nominowanego rok później do Oscara (w kategorii „krótki film animowany”) filmu „The Mysterious Geographic Explorations of Jasper Morello” (http://www.jaspermorello.com/gazette/) . Świetna, mroczna i bardzo klimatyczna, steampunkowa fabuła, połączona z bardzo oryginalną animacją 3D, w której „płaskie cienie” narzucono na trójwymiarowe bryły. Warto, cholernie warto zobaczyć i przekonać się, że tego typu animacja to nie tylko pogoń w naśladowaniu rzeczywistości w wykonaniu Pixara i innych hollywoodzkich gigantów. |