| Teleportacja |
2007-08-05 16:01:18 |
Ponieważ właśnie się teleportowałem z blox.pl, to na początek moje stare wpisy:29/07/2007Nagrody Eisnera 2007Na dobry początek, tegoroczne amerykańskie nagrody Eisnera, a konkretnie tych kilka rzeczy, które mnie w tych nagrodach interesują:-po pierwsze, Paul Pope http://pulphope.blogspot.com/nieźle wymiata ze swoim "Batman: Year 100" i zgarnia nagrody za najlepszą miniserię i za nalepszy projekt autorski (wygrywając w tej kategorii min. ze Sfarem i Gilbertem Hernandezem), ciekawe czy ktokolwiek u nas zdecyduje się wydać u nas cokolwiek tego pana, bo warto, cholernie warto.-po drugie, w kategorii "nalepszy towar z importu" (oprócz Japonii oczywiście, która ma swoją, odrębną kategorię), "The Left Bank Gang" Jasona www.fantagraphics.com/artist/jason/jason.html (a ja cierpliwie czekam na empik.com, który od miesiąca próbuje mi skompletować "SSHHHH!" do zamówienia), ponadto w nominowanej piątce min. wydany u nas przez Kulturę Gniewu, rewelacyjny "A.L.E.E.E.N." Lewisa Trondheima i "Pizzeria Kamikaze" Etgara Kereta i Asafa Hanuki http://www.indyworld.com/hanuka/index.html (muszę sobie w końcu zacząć kompletować "Biopolar", bo chodzi za mną od dawna).-po trzecie, dla mnie osobiście lekka afera, czyli kategoria "najlepszy malarz/artysta multimedialny" i zwycięstwo Jill Thompson, ja rozumiem, że robota dla Dark Horse i DC, a szczególnie przy "Fables" to teraz wielkie halo, ale żeby zaraz lepsze niż Nicolas De Grecy i jego "Glacial Period"?-i po czwarte, w kategorii "najlepszy nowy album" "American Born Chinese" Gene Luena Yanga http://www.firstsecondbooks.com/abc.html , czyli przygody chińczyka na amerykańskiej ziemi, zapowiada się sympatycznie.Lista nominacji i zwycięzców: http://www.comicsreporter.com/index.php/your_2007_san_diego_con_update4/A w kraju tradycyjnie, afera goni aferę, tym razem zamieszanie wokół zdublowanego konkursu „Komiks o Powstaniu Warszawskim”, swoją droga dobrze, że w 1944 ludzie nie mieli takich jazd (znaczy się odbiło im później?) i nie zorganizowali sobie dwóch alternatywnych powstań, albo trzech, albo tylu ile organizacji i partii politycznych wtedy w Wa-wie działało?Bez sensu :/A zreszta, co mnie to, ważne, że kilka sympatycznych komiksów dzięki temu powstało.30/07/2007"Chamskie andegrandy" cz.1Jak donosi KG na swoim blogu, Max Andersson miał wczoraj urodziny (45 dodajmy).Wszystkiego Najlepszego „staruszku”!Przy tej okazji coś mnie tak naszło i zacząłem sobie sprawdzać różne rzeczy.Na początek sprawdziłem dwóch spośród moich ulubionych amerykańskich twórców i okazało się, że obaj w przyszłym roku skończą 50 lat!?A przecież to punkowy są, tacy prawdziwi, co na koncertach tańczą pogo a jak robią komiksy to potrafią w nich dowalić własnemu prezydentowi (a nawet wsadzić mu małe conieco w tylną cześć ciała).Peter Kuper http://www.peterkuper.com/ jest współzałożycielem magazynu komiksowego „Word War 3” http://www.worldwar3illustrated.org/ , który krążył u nas swego czasu w tzw. dystrybucji drugiego obiegu (można go było dostać np. na czad giełdach albo zamówić z katalogu któregoś z drugoobiegowych wydawców).Trzeba przyznać, że jako twórca, Kuper „cierpi” na wielokrotne rozwarstwienie osobowości.Z jednej strony realizuje czysto komercyjny, humorystyczny projekt „Spy vs Spy” (do scenariuszy Antonio Prohiasa) dla magazynu „Mad”, z drugiej przekłada na język komiksu opowiadania Franza Kafki (album „Metamorphosis” i zbiór opowiadań „Give i tup!”), realizuje projekty autorskie (min. „System”, który udało mu się jakimś cudem wcisnąć DC do wydania w impricie Vertigo), nie stroni również od ostrej satyry politycznej (vide jego krótki komiks w słoweńskim „Warburgerze”), eksperymentuje z technikami rysunku i grafiki (graffiti, szablony i stemple, drzeworyt, scratchboard itp.) a także z kompozycją i konwencją samego komiksu. Właściwie każdy jego komiks jest trochę inny i potrafi zaskoczyć zarówno tematyką jak i obraną konwencją. Eric Drooker http://www.drooker.com/ to facet,na którego grafikę pierwszy raz trafiłem bodaj na okładce „King for a Day” grupy Faith No More http://www.discogs.com/viewimages?what=R&obid=378004 , chwilę później trafiłem na jego krótki komiks w którymś z krajowych zinów muzycznych i zakodowałem sobie żeby przy najbliższej okazji pogrzebać za albumami komiksowymi tego gościa.I warto było, bo „nieme” komiksowe cegły typu „Flood!” czy „Blood Song” to miazga na najwyższym poziomie.Drooker z premedytacją i całkowicie świadomie nawiązuje do tradycji amerykańskich „graphic novels” (bynajmniej nie wymyślił tego określenia Will Eisner) autorstwa takich twórców jak Lynd Ward, Laurence Hyde czy Lewen Si i to zarówno w technice wykonania (drzeworyt i scratchboard) jak i w poruszanej tematyce (jednostka vs społeczeństwo, kontestacja amerykańskiej rzeczywistości, wojna w Wietnamie, itd. itp.), piekne, monumentalne rysunki/grafiki połączone z eksperymentami kompozycyjnymi (zagęszczenie kadrów na niektórych plaszach np. we „Flood!” balansuje na granicy czytelności) tworzą naprawdę niesamowity klimat.Zwieńczeniem twórczości Drookera są jego okładki dla New Yorkera, wycyzelowane obrazy miasta, które przytłacza swoją monumentalnością a jednocześnie szokuje różnorodnością i egzotyką, zaskakując nawet jego rdzennych mieszkańców. Jeśli ktoś szuka w komiksie czegoś naprawdę oryginalnego i „klimatycznego” warto sięgnąć po prace obu „straszych panów”. Acha, fajny link do strony o komiksiarzach i okładkach płyt (trochę niekompletne ale fajne) :http://www.lib.msu.edu/comics/rhode/music.htm04/08/2007Zachwyt podszyty niesmakiemTak już mam, że jeśli leci w telewizji, któryś z moich ulubionych filmów, to go oglądam, nawet jeśli na półce leży wypasione DVD w rozszerzonej wersji, z dodatkami, komentarzami itp.No i obejrzałem w ten sposób po raz n-ty „Trio z Belleville” i po raz n-ty zacząłem się zastanawiać jakimi krętymi ścieżkami schodzą i rozchodzą się drogi twórców, pozostawiając w punktach zejścia i rozejścia ślady w postaci komiksów czy filmów.Nicolas de Crecy i Sylvain Chomet stworzyli wspólnie trylogię „Leon la Came”, de Crecy zajmował się stroną graficzną, Chomet odpowiadał za scenariusz. I pozornie wszystko gra, bo komiks wyszedł niezły, obaj panowie wywiązali się ze swoich zadań, zachowując przy okazji własny, charakterystyczny styl.Współpraca trwała kilka lat (albumy były publikowane w latach 1995-98) po czym ich drogi się rozeszły, tyle tylko, że kilka lat później (2003), Sylvain Chomet staje się twórcą o światowej sławie, a jego „oryginalna” wizja p.t. „Les Tripllets de Belleville” podbija serca kinomanów, wzbudzając podziw zarówno zwykłych zjadaczy chleba jak i fachowców (nominacja do Oscara w kategorii „animowany film długometrażowy”).I tu zaczynają się schody, bo praktycznie cały film to „ożywione” rysunki Nicolasa de Crecy, żeby było śmieszniej to nie są to rysunki z ich wspólnej trylogii „Leon la Came” tylko z albumów komiksowych, które de Crecy tworzył w tzw. międzyczasie.Samochody, monumentalne drapacze chmur, kolosalne transatlantyki, ba, nawet postacie (łącznie z psem), wszystko to można znaleźć na kartach takich komiksów jak „Foligatto” (1991), „Monsieur Fruit” ( 1995-96) czy „Le Bibendum Celeste” (1994-2002).Grzebiąc trochę głębiej można znaleźć informację, że Nicolas de Crecy pracował jako dyrektor artystyczny przy wcześniejszym (1998) filmie animowanym Chometa „La Vielle dame et les pigeons” (trzeba oczywiście trochę pogrzebać, bo sam film jest praktycznie wszędzie sygnowany i omawiany jako wcześniejsze, oryginalne i samodzielne dzieło twórcy „Trio z Belleville”).Hm…w animacji filmowej „dyrektor artystyczny” odpowiada min. za projekty graficzne postaci, scenografię, zaplanowanie ujęć na podstawie scenopisu, nadzoruje bądź osobiście wykonuje storyboardy itd., a zespół asystentów i animatorów rozrysowuje jego projekty zachowując styl graficzny „dyrektora” i jeśli ludzie z tej ekipy pracują nad innym filmem to są w stanie bez problemu skopiować projekty i elementy animacji wypracowane przez takiego „dyrektora artystycznego”. W sieciowych dysputach francuskich pasjonatów, obrońcy Chometa powołują się na słowa Picassa (w swobodnym tłumaczeniu: „Jeśli coś mi się podoba to to kradnę”), swego czasu, w forumowej dyskusji n.t. „Trio z Belleville” Jerzy Szyłak stwierdził, że jeżeli takie działanie owocuje czymś wybitnym to jest usprawiedliwione i akceptowalne.A ja nie wiem, bo tak jak w konfliktach na linii Frank Miller vs. Marvel (w kwestii praw autorskich do „Elektry”) czy Giger vs. Brandywine Productions (w kwestii praw autorskich do wizerunku Aliena) argumenty przemawiają na korzyść obecnych posiadaczach praw autorskich, tak w przypadku „Trio z Bellville” oryginalność wizji Chometa budzie we mnie bardzo mieszane uczucia.I za każdym razem, kiedy oglądam ten film, zachwycam się wszystkimi jego elementami, sposobem animacji, klimatem, fabułą etc. a jednocześnie cichy głos z tyłu czaszki szepcze: „to nie oryginał, to tylko piękna, urzekająca i porywająca kopia”. Nicolas de Crecy tworzy kolejne niesamowite albumy („Prosopopus”, „Periode galciaire”) stopniowo zdobywając uznanie wśród pasjonatów i koneserów komiksowych opowieści na całym świecie, Sylvain Chomet, opromieniony sławą „Trio z Belleville” pracuje nad kolejnymi animacjami, psy szczekają, karawana idzie dalej. |
Komentarze [0]
|
|
» Archiwum
» O autorze
» Linki
|