|
Tak się zastanawiam, skoro wydany w 2002 roku komiks Andrzeja Klimowskiego „Magazyn snów” wyprzedał się całkowicie (chociaż kosztował, bagatela, 58 pln), to może z tym całym „komiksowym ryneczkiem” nie jest aż tak bardzo źle? Bo jeśli nawet cześć nakładu kupili „komiksiarze” (a nic na to nie wskazuje), to większość egzemplarzy rozeszła się wśród czytelników, którzy na co dzień nie interesują się komiksem. „Magazyn snów” sprzedawany jest jako „książka bez słów”, „zbiór onirycznych ilustracji” etc., praktycznie w żadnej krajowej recenzji nie pada określenie „komiks”. Stosując metodę dedukcji, dochodzę do wniosku, że w Polsce istnieje spora (1000-2000) grupa potencjalnych czytelników, którzy są gotowi wydać spora kasę na „awangardowy” komiks. Tyle tylko, że ci czytelnicy prawdopodobnie nie sięgną po coś co nazywa się „komiks”, obawiam się, że nawet określenie „powieść graficzna” może ich nie skusić. I tu pojawi się zadanie dla takich wydawców jak Kultura Gniewu czy Timof, jak dotrzeć do czytelników, którzy reagują na określenia „sekwencja rysunków”, „książka bez słów”, „zbiór ilustracji” czy też na samo nazwisko Klimowski, ale odrzuca ich określenie „komiks”? Bo ja niestety nie wiem. A wracając do kwestii „komiksowego ryneczku”, taka pierwsza impresja z lektury książki Barta Beaty zestawiona z raportem ACBD, rynek frankofoński jest największym europejskim rynkiem komiksowym, w 2006 r. opublikowano na nim 4130 tytułów, „hiciory” sprzedają się w nakładach od 120 000 do 1 800 000 (np. „Titeuf”), średnie nakłady to przedział 7 000 do 30 000. Jednak rynek „niezależnych” to zupełnie inna bajka, jeśli chodzi o ilość tytułów to wygląda to dosyć przyzwoicie (493 tytuły w 2006, czyli ponad 10% rynku) , jednak nakłady wahają się w przedziale od 1000 do 2000 egz. (niekiedy nawet tak renomowane wydawnictwa jak Drozophile czy Fremok wypuszczają albumiki w nakładach 150-200 egz.) i jedynie sporadycznie pojawiają się na rynku „niezależnych” komiksy przekraczające magiczną barierę 10 000 egz. (no dobra, „Persepolis” schodzi obecnie w nakładach +/-100 000). Analogicznie, nasz, krajowy „ryneczek komiksowy” to około 20 000 nabywców (czytelnicy „jednej serii”, np. „Thorgal”, „Wilq”, „mangowcy”, wielbiciele komiksów frankońskich czy amerykańskich oraz wąziutka grupa komiksowych nerdów), komiksowe „hiciory” schodzą w nakładach do 10 000 egz., „mainstream” od 2 000 do 5 000 egz. (sprzedaż zeszytówek z DK to do dziś „kosmiczna tajemnica”), zaś komiksy „niezależne” to przedział od 200 do 2 000 (wiem, wiem „Blaki” ma 5 000, ale ile z tego zejdzie?). Patrząc procentowo, krajowy rynek komiksów „niezależnych” ma się znacznie lepiej niż we Francji, należy jednak pamiętać, że „masowi” czytelnicy na rynku frankońskim potrafią sporadycznie sięgnąć po komiksy „niezależnych”, co u nas praktycznie się nie zdarza. Warto również zwrócić uwagę na fakt, że Francji komiksy tego typu to bardzo często awangarda komiksu, eksperymenty, nowe rozwiązania graficzne i fabularne etc., zaś u nas krajowe komiksy wychodzące poza schemat tego co już było, można policzyć na palcach (niestety, wciąż jeszcze tkwimy oparach estetyki amerykańskiego undergroundu i francuskiej „nowej fali” z lat 70-tych). Bart Beaty uważa (zupełnie słusznie), że rozwój niezależnej sceny komiksowej, która pozwala na penetrowanie i eksperymentowanie z materią komiksu bez oglądania się na wielotysięczne nakłady, jest ściśle związany z rozwojem specjalistycznych księgarni komiksowych (w samym Paryżu jest ich kilka razy więcej niż w całej Polsce) oraz internetem. W obu przypadkach stoimy na straconej pozycji, bo księgarnie komiksowe można u nas policzyć na palcach jednej ręki, zaś bariera językowa w przypadku dystrybucji siecią wydaje się nie do przebicia (ta, wiem, milionowe skupisko polonii w Chicago, setki tysięcy w Londynie itd., tylko ilu z tych emigrantów i „polonusów” czyta komiksy? Dwóch? Trzech?). Rynek francuskojęzyczny jest na tyle olbrzymi, że jeśli już jakiś komiks z rynku „niezależnego” zostanie zauważony i doceniony, to praktycznie nie ma problemu z jego dystrybucją (bez wiązania sobie rąk z jakimiś wielkimi sieciami handlowymi i marketingowego kiziania). „Nowa fala” komiksu ma na rynku frankońskim największą szansę na rzeczywisty rozwój, bo dzięki dobrym warunkom dystrybucji, „komiksowej” tradycji czytelniczej, mecenatowi finansowemu (nie tylko państwowemu) i wsparciu środowisk artystycznych (nie tylko komiksowych), twórcy komiksów nie muszą ograniczać się do spełniania „widzimisie” dużych wydawnictw i „masowego” rynku czytelników, lecz mogą spokojnie eksperymentować z wszelkimi formami „narracji graficznej”. Może nie robią na tym wielkiej kasy, nie kąpią się w szampanie, w otoczeniu panienek podjadających kawior, ale przynajmniej nie muszą oglądać się na jakiś „patriotyzm jutra”, zapieprzać w biurach/sklepach/fabrykach, ani wysłuchiwać opowieści o „plecach konia” i „chamskich andegrandach” i „pseudoartystycznych bazgrołach” . |