"Chamskie andegrandy" cz.2 2007-08-13 22:47:54

Ponieważ mój poprzedni wpis poruszył serca i umysły paru osób (tak Filipie, zabieraj się za robotę ), to może warto się przyjrzeć po jakich ekstremach poruszają się twórcy, którzy wychodzą ze swoimi publikacjami poza granice rodzimych krajów, i czy koniecznie trzeba być twórcą komiksów „komercyjnych”, żeby wyjść poza wąski krąg odbiorców.

Nicolas Mahler (ur.1969 Austria), za chwilę zaliczy swój debiut w naszym kraju, peany nad jego twórczością można sobie poczytać chociażby tutaj, na radarach. Zarówno graficznie jak i fabularnie jego komiksy, gdyby powstały w naszym kraju dostałyby automatycznie nalepkę „chamski andegrand pomieszany z pseudoartystycznym bełkotem”, na szczęście Mahler nie urodził się nad Wisłą tylko „nad pięknym, modrym” Dunajem i dzięki temu może liczyć na coś więcej niż opowieści o forumowych kolesiach poklepujących w nagrodę za każdy gryzmoł.

Regularnie współpracuje z takimi wydawnictwami jak francuski l’association, amerykański Top Shelf , niemiecki Reprodukt, kanadyjski La pastcque czy szwajcarskie Edition Moderne i raczej nie musi się zastanawiać jak bardzo „realistyczne” czy „komercyjne” muszą być jego komiksy, żeby mogły dostąpić zaszczytu bycia publikowanymi po tej czy tamtej stronie oceanu.

Sznureczki:

http://www.topshelfcomix.com/preview.php?preview=lone_racer&page=1

http://www.mahlermuseum.at/index.htm

 

Martin tom Dieck (ur.1963 Niemcy), jego styl, który sam określa jako mieszankę dokonań Moebiusa z Dada i ekspresjonizmem, to dosyć luźna improwizacja łącząca różne techniki graficzne (od szybkiego rysunku tuszem po collage sklejane w photoshopie) w warstwie fabularnej bardziej skupiająca się na „swobodnym strumieniu świadomości” i budowaniu klimatu, niż na jakąś zwartą i przemyślaną konstrukcja opowieści. Na co dzień publikuje w Reprodukcje i L’association, jednak jego albumy są coraz częściej dostrzegane i doceniane za oceanem (jego nazwisko pojawia się praktycznie na wszystkich liczących się, amerykańskich blogach omawiających współczesny komiks).

http://www.mtomdieck.net/

http://www.reprodukt.com/creator_info.php?creators_id=41

 

Killoffer (ur. 1966 Francja), pozornie wszystko gra, bo wiadomo, we Francji mają ułatwiony strat, tyle tylko, że Killoffer stawia wszystko na głowie, eksperymentuje z fabułą, z tekstem, z rysunkiem i kompozycją strony. Szczerze mówiąc, jeśli ktoś zastanawia się co jeszcze można wymyślić w komiksie, powinien sięgnąć po albumy Killoffera.

Publikuje min. we Francji, Niemczech i ostatnio Wlk. Brytanii, pojawia się też często w amerykańskich antologiach.

http://www.reprodukt.com/creator_info.php?creators_id=28

 

Jason (ur. 1965 Norwegia), mistrz prostoty i pozornego schematu graficznego, twórca, który na każdym kroku udowadnia, że nie trzeba być geniuszem graficznym na miarę Moebiusa i niekoniecznie trzeba konstruować „barokowe” fabuły w stylu Gaimana żeby zrobić kawał dobrego komiksu. Publikuje we Francji, Skandynawii, Niemczech, USA, Hiszpanii i Holandii i wszędzie ma grono wiernych czytelników.

http://www.jippicomics.com/mjaumjau/

 

Marcel Ruijters (ur. 1966 Holandia), żywy dowód na to, że komiks „undergroundowy” może być kolorowy (już widzę jak Kamil Śmiałkowski spada z krzesła), zaczynał od  czarnobiałych, kserowanych komiksów, publikował w wielu międzynarodowych  antologiach, a teraz jego albumy są drukowane po obu stronach oceanu.

 http://www.xs4all.nl/~troglo/#

  

W/w to tylko mała, wybiórcza grupa autorów, którzy udowadniają, że niekoniecznie trzeba „realistycznie”, „mainstreamowo” i pod dyktando wydawców i czytelników, żeby być czytanym i docenianym.

A zresztą, Mattotti, Igort, Trondheim, Andersson, David B., Sfar, Zograf, Hommer, Mawil, Feuchtenberger i setki innych udowadniają to codziennie. Szkoda tylko, że tak wielu naszych, krajowych czytelników, musi mieć napisane „made w innym kraju” żeby takie coś przeczytać i docenić.

 

P.S. Jadę na wakacje, więc do zobaczenia/przeczytania za dwa tygodnie, bo raczej nie będę latał po plaży w poszukiwaniu zasięgu wifi.

Komentarze Komentarze [0]



Jak to się robi? 2007-08-11 11:47:07
onieważ Maciek Pałka stwierdził, że podyskutowałby z moim poprzednim wpisem, ale mu się nie chce, to spróbuje sam sobie trochę podyskutować, a właściwie zastanowić się nad atrakcyjnością krajowej twórczości w kontekście dokonań ludzi z innych krajów byłego bloku wschodniego.

Alex Maleev (ur. 1971, Bułgaria) , wyjechał do USA w 1994 roku, przez cztery miesiące uczył się w szkole Joe Kuberta (wcześniej skończył ASP w Sofii), pomimo charakterystycznego i dosyć oryginalnego stylu rysunku (nawiązującego trochę do Billa Sienkiewicza) bardzo szybko odnalazł się na amerykańskim rynku a jego wersje „The Crow” („Dead Time” i „Flesz & Blood”) i „Daredevila” to nie tylko graficzne perełki ale i komercyjne sukcesy.

Zdecydowanie amerykańska „pierwsza liga” a nie „trzecia” i to przy zachowaniu własnego, oryginalnego stylu.
Maleev w internecie


Igor Kordey (ur. 1957, Chorwacja), weteran chorwackiej sceny komiksowej, na zachodzie zaczął się przebijać pod koniec lat 80-tych, współpracował min. z francuskimi wydawnictwami Les Humanoides Associes i Dargaud, a później z amerykańskimi Dark Horse i Marvel.

Jego styl ewoluuje, jednak nadal pozostaje charakterystyczny i rozpoznawalny na pierwszy rzut oka, co można zresztą zobaczyć na kartach najnowszej, wysoko notowanej serii komiksowej „Smoke” (IDW).



Tomaz „TCB” Lavric (ur. 1964, b. Jugosławia), podobno pierwszy komiksowy twórca ze Słowenii, który opublikował swoje prace we Francji (w wyd. Glenat, z którym zresztą współpracuje do dziś). Jeden z prawdziwych gigantów, bo zmienia style i konwencje rysunku jak rękawiczki zachowując przy tym swój rozpoznawalny i oryginalny charakter.

Od undergroundu („Ratman”), przez artystyczne eksperymenty („Ślepe Słońce”) i komiksy odwołujące się do wydarzeń na Bałkanach („Bośniacka Baśń”, „Europa”) aż do czysto komercyjnych projektów („Dekalog”, „Lome”), ten człowiek robi swoje i pozostaje sobą.



Daniel Zezelj (ur 1966, Chorwacja), kolejny gigant o bardzo charakterystycznym stylu, współpracuje z wydawnictwami we Włoszech (Editori del Grifo), w USA (min. DC) i Francji (Mosquito) i pomimo specyficznej, undergroundowej krechy odnajduje się zarówno robiąc „Batmana” jak i w ambitniejszych, artystycznych projektach typu „Stray Dogs”.



Igor Baranko (ur. 1970, Ukraina), człowiek, którego nie trzeba chyba u nas nikomu przedstawiać, na zachodzie współpracował min. z amerykańskim SLG („Pifitos”, „Skaggy the Lost”) a w chwili obecnej bryluje na kartach swoich albumów wydawanych przez francuskie Humanoidy („L’Empereur Ocean”, „Danse du Temps” i do scenariusza Dionneta kontynuuje „Exterminatora 17”), co ciekawe jedyny kompromis jaki popełnił (czyli „Exterminator”) wypada znacznie słabiej niż jego oryginalne, autorskie komiksy.

Wszyscy w/w zachowali swój styl i odnoszą na zachodzie sukcesy nie szukając sobie miejsca w „trzeciej lidze” (jasne, że sporadycznie „się dostosowują” jak Baranko, Kordey czy Zezejl, jednak to „dostosowywanie się” najczęściej wychodzi im bokiem i trzymają się jednak swojej oryginalności).

Oczywiście można tutaj przytoczyć przykłady takich twórców jak Jigounov czy Janjetov, tyle tylko, że ci ludzie nie zmieniali swojego stylu pod kątem rynku zachodniego, tylko od początku pracowali w takich konwencjach graficznych w jakich poruszają się do dziś (ba, Jigounov w komiksach robionych jeszcze w Rosji prezentuje znacznie staranniejsze rysunki niż w wydawanej we Francji serii „Alpha”).

Jeśli kogoś interesuje kariera na zachodzie, to najczęściej musi się liczyć z emigracją (przynajmniej czasową), praktycznie wszyscy w/w przebili się będąc na miejscu i jeśli nawet któryś z nich wrócił do rodzinnego kraju, to miał już ustaloną pozycję w danym wydawnictwie (np. Baranko).

Jeśli ktoś próbuje patrzeć na taka karierę przez pryzmat naszych, krajowych twórców, to warto pamiętać, że np. Gawronkiewicz startował z pozycji zwycięzcy międzynarodowego konkursu, przed Mirosławem „Mirasem” Urbaniakiem, Maćkiem Mazurem czy Irkiem Koniorem jeszcze długa droga, Szymon Kudrański powolutku coś tam realizuje itd.

Ale wszyscy oni robią to po swojemu, ewoluując w ramach własnego, wypracowanego stylu a nie zmieniając go pod dyktando wydawców.

Droga, która sugerują tacy twórcy jak Piotr Kowalski czy Nikodem Cabała, to moim zdaniem ślepy zaułek, grożący zniknięciem w zalewie identycznych, poprawnych graficznie, czysto rzemieślniczych komiksów, których setki, tysiące powstaje rocznie na całym świecie.

I nawet jeśli takie komiksy cieszą poparciem wielu wydawnictw i rzesz czytelników, to, jak dla mnie, nie tędy droga.

Chyba, że ktoś podchodzi do komiksu jak do składania samochodów na taśmie produkcyjnej albo wylewania asfaltu na drodze (w końcu ktoś to musi robić), warto jednak pamiętać, że przy takim podejściu zawsze znajdzie się ktoś, kto zrobi taki komiks taniej, szybciej i równie bezosobowo.

Nie jestem wrogiem takich komiksów, ale nie jestem też ich zwolennikiem, a tym bardziej nie rozumiem propagowania przez ich autorów i czytelników takiego podejścia do komiksu, jako jedynej słusznej i wartościowej drogi.

Swego czasu, w prywatnej rozmowie, pewien krajowy twórca, którego sobie bardzo cenię, podsumował temat mniej więcej w takim stylu: „na twórców z Bałkanów ludzie patrzą przez pryzmat Bilala, na Czechów i Słowaków przez pryzmat Saudka a Polacy są (niestety) postrzegani tylko i wyłącznie przez pryzmat Rosińskiego”.

Taka karma.

Osoby zainteresowane „wschodnimi komiksiarzami na zachodnim rynku” zachęcam do pogooglania sobie za takimi nazwiskami jak: Bojan Kovacevic, Darco Macan, Milan Jovanovic, Boromir Pavlovic, Branislav “Bane” Kerac, ZeljkoPahek, Darko Perovic, Goran Parlov, Esad Tomislav Ribic, Drazen Kovacevic, Aleksa Gajic.
Komentarze Komentarze [0]



American Dream 2007-08-08 23:10:55
Oglądam sobie świeżutko wydaną „Antologię Polskiej Animacji” http://www.pwa.gov.pl/pl/home/60/news/0/256/index.html i zastanawiam się czy wydanie takiej antologii komiksów byłoby możliwe, i wychodzi mi, że niestety nie.

Bo tak jak animacja, plakat czy ilustracja książkowa mają w Polsce olbrzymią tradycję a wszelkie eksperymenty w ich zakresie są nie tylko mile widziane ale wręcz wymagane, tak komiks, jak wiadomo, jest, był i będzie w powszechnym odczuciu, skierowany do dzieci, a jeśli nawet nie, to i tak powinien być „ładny”, „realistycznie” narysowany (no te, plecy konia i takie tam) itd. itp.

Oglądam „Dom” i „Labirynt” Lenicy i zastanawiam się, jak to jest możliwe, że w połowie ubiegłego wieku można było robić genialne animacje z użyciem zdjęć i modyfikowanych rycin z XIX wieku, a w komiksie wszystko co nie jest osobiście narysowane przez autora budzi automatyczną niechęć czytelników (Zmodyfikowane zdjęcie wkomponowane w kadr komiksu? Toż to zbrodnia! Gwałt na oczach!) . Oglądam „Schody” Schabenbecka i nie rozumiem dlaczego żaden twórca komiksów w naszym kraju nie stworzył równie monumentalnej konstrukcji, szczególnie, że narysować coś takiego byłoby trochę prościej niż posklejać z kawałków drewna. Patrzę na „Syna” i „Apel” Czekały i nie rozumiem dlaczego taka forma graficzna stała się akceptowalna (co bynajmniej nie jest równoważne z popularnością) dla czytelników komiksów po blisko czterdziestu latach.

Dumała zrealizował „Łagodną” w 1985 roku, polscy czytelnicy komiksów odkryli scratchboarding dopiero kiedy KG wydało komiksy Otta (i to on jest najczęściej jedynym odniesieniem jeśli pojawia się coś zrobione tego typu techniką).

99% zawartości dwóch płyt DVD z klasyką krajowej animacji, gdyby zostało wykonane w formie komiksu, nawet dzisiaj zostałoby automatycznie przez większość czytelników określone „pseudoartystycznym bełkotem”. Fabuły, formy i techniki graficzne jakie pojawiają się w tych filmach, do dzisiaj znajdują się na cenzurowanym jeśli pojawiają się w krajowych komiksach.

To te animacje (i wcześniejsze, takie jak filmy Starewicza i braci Themersonów), to estetyka wypracowana przez „Polską Szkołę Plakatu” (np. http://www.poster.com.pl/poster-artist.htm ), to Bruno Schultz, Sławomir Mrożek, Zdzisław Beksiński, Jerzy Duda-Gracz i wielu, wielu innych są punktem wyjścia, korzeniami i podstawą kierunku w jakim powinien, w sposób naturalny, podążać polski komiks, a nie owinięci pelerynami, latający kolesie w rajtuzach czy pseudorealistyczne plecy konia i lokomotywy.

Rozumiem, że dla wielu krajowych twórców szczytem marzeń, a dla większości czytelników wyznacznikiem jakości i miarą sukcesu jest zaistnienie w komiksowej „trzeciej lidze” w USA czy Francji.

Rozumiem też, że dla wielu komiks musi być ładną, prostą i rozrywkową historią w lekkostrawnej oprawie graficznej.

Ba, rozumiem nawet, że głównym punktem odniesienia podczas lektury komiksu są graficzne i fabularne „wzorce zachodnie” (cokolwiek to znaczy).

Jednak na zachodzie są również setki, tysiące komiksów poruszające się w niezliczonych obszarach fabularnych i graficznych (również tych polskich, o których napisałem powyżej) i nie rozumiem skąd w tych „naszych” twórcach i czytelnikach tyle chorobliwej nienawiści w stosunku do rzeczy, które leżą poza obszarem ich zainteresowań (albo po prostu umykają ich percepcji).

Jeżeli ktoś, mieszkając tu i teraz świadomie odcina się od swoich korzeni, to ma problem, jeżeli w sposób pośredni czy bezpośredni niszczy drzewo, które powoli z tych korzeni wyrasta, to jest głupcem.

I żeby nie było, że się bezsensownie spinam, bo przecież „to tylko komiks”, jasne, że „to tylko komiks”, podobnie jak „to tylko książka”, „to tylko film” itd. itp.

Nie, nie spinam się, po prostu głośno myślę.

A tak swoją drogą, dla jednych „tylko” dla innych „aż”.

edit:

Jakby ktoś nie zauważyl, stara, dobra, polska szkola plakatu:

http://www.poster.com.pl/walkuski.htm

 

 

Komentarze Komentarze [1]



Teleportacja 2007-08-05 16:01:18
Ponieważ właśnie się teleportowałem z blox.pl, to na początek moje stare wpisy:

29/07/2007

Nagrody Eisnera 2007

Na dobry początek, tegoroczne amerykańskie nagrody Eisnera, a konkretnie tych kilka rzeczy, które mnie w tych nagrodach interesują:

-po pierwsze, Paul Pope http://pulphope.blogspot.com/nieźle wymiata ze swoim "Batman: Year 100" i zgarnia nagrody za najlepszą miniserię i za nalepszy projekt autorski (wygrywając w tej kategorii min. ze Sfarem i Gilbertem Hernandezem), ciekawe czy ktokolwiek u nas zdecyduje się wydać u nas cokolwiek tego pana, bo warto, cholernie warto.

-po drugie, w kategorii "nalepszy towar z importu" (oprócz Japonii oczywiście, która ma swoją, odrębną kategorię), "The Left Bank Gang" Jasona www.fantagraphics.com/artist/jason/jason.html (a ja cierpliwie czekam na empik.com, który od miesiąca próbuje mi skompletować "SSHHHH!" do zamówienia), ponadto w nominowanej piątce min. wydany u nas przez Kulturę Gniewu, rewelacyjny "A.L.E.E.E.N." Lewisa Trondheima i "Pizzeria Kamikaze" Etgara Kereta i Asafa Hanuki http://www.indyworld.com/hanuka/index.html (muszę sobie w końcu zacząć kompletować "Biopolar", bo chodzi za mną od dawna).

-po trzecie, dla mnie osobiście lekka afera, czyli kategoria "najlepszy malarz/artysta multimedialny" i zwycięstwo Jill Thompson, ja rozumiem, że robota dla Dark Horse i DC, a szczególnie przy "Fables" to teraz wielkie halo, ale żeby zaraz lepsze niż Nicolas De Grecy i jego "Glacial Period"?

-i po czwarte, w kategorii "najlepszy nowy album" "American Born Chinese" Gene Luena Yanga http://www.firstsecondbooks.com/abc.html , czyli przygody chińczyka na amerykańskiej ziemi, zapowiada się sympatycznie.

Lista nominacji i zwycięzców:
http://www.comicsreporter.com/index.php/your_2007_san_diego_con_update4/

A w kraju tradycyjnie, afera goni aferę, tym razem zamieszanie wokół zdublowanego konkursu „Komiks o Powstaniu Warszawskim”, swoją droga dobrze, że w 1944 ludzie nie mieli takich jazd (znaczy się odbiło im później?) i nie zorganizowali sobie dwóch alternatywnych powstań, albo trzech, albo tylu ile organizacji i partii politycznych wtedy w Wa-wie działało?

Bez sensu :/

A zreszta, co mnie to, ważne, że kilka sympatycznych komiksów dzięki temu powstało.

30/07/2007

"Chamskie andegrandy" cz.1

Jak donosi KG na swoim blogu, Max Andersson miał wczoraj urodziny (45 dodajmy).

Wszystkiego Najlepszego „staruszku”!

Przy tej okazji coś mnie tak naszło i zacząłem sobie sprawdzać różne rzeczy.

Na początek sprawdziłem dwóch spośród moich ulubionych amerykańskich twórców i okazało się, że obaj w przyszłym roku skończą 50 lat!?

A przecież to punkowy są, tacy prawdziwi, co na koncertach tańczą pogo a jak robią komiksy to potrafią w nich dowalić własnemu prezydentowi (a nawet wsadzić mu małe conieco w tylną cześć ciała).

Peter Kuper http://www.peterkuper.com/  jest współzałożycielem magazynu komiksowego „Word War 3” http://www.worldwar3illustrated.org/ , który krążył u nas swego czasu w tzw. dystrybucji drugiego obiegu (można go było dostać np. na czad giełdach albo zamówić z katalogu któregoś z drugoobiegowych wydawców).

Trzeba przyznać, że jako twórca, Kuper „cierpi” na wielokrotne rozwarstwienie osobowości.

Z jednej strony realizuje czysto komercyjny, humorystyczny projekt „Spy vs Spy” (do scenariuszy Antonio Prohiasa) dla magazynu „Mad”, z drugiej przekłada na język komiksu opowiadania Franza Kafki (album „Metamorphosis” i zbiór opowiadań „Give i tup!”), realizuje projekty autorskie (min. „System”, który udało mu się jakimś cudem wcisnąć DC do wydania w impricie Vertigo), nie stroni również od ostrej satyry politycznej (vide jego krótki komiks w słoweńskim „Warburgerze”), eksperymentuje z technikami rysunku i grafiki (graffiti, szablony i stemple, drzeworyt, scratchboard itp.) a także z kompozycją i konwencją samego komiksu. Właściwie każdy jego komiks jest trochę inny i potrafi zaskoczyć zarówno tematyką jak i obraną konwencją.

 
Eric Drooker http://www.drooker.com/ to facet,na którego grafikę pierwszy raz trafiłem bodaj na okładce „King for a Day” grupy Faith No More http://www.discogs.com/viewimages?what=R&obid=378004 , chwilę później trafiłem na jego krótki komiks w którymś z krajowych zinów muzycznych i zakodowałem sobie żeby przy najbliższej okazji pogrzebać za albumami komiksowymi tego gościa.

I warto było, bo „nieme” komiksowe cegły typu „Flood!” czy „Blood Song” to miazga na najwyższym poziomie.

Drooker z premedytacją i całkowicie świadomie nawiązuje do tradycji amerykańskich „graphic novels” (bynajmniej nie wymyślił tego określenia Will Eisner) autorstwa takich twórców jak Lynd Ward, Laurence Hyde czy Lewen Si i to zarówno w technice wykonania (drzeworyt i scratchboard) jak i w poruszanej tematyce (jednostka vs społeczeństwo, kontestacja amerykańskiej rzeczywistości, wojna w Wietnamie, itd. itp.), piekne, monumentalne rysunki/grafiki połączone z eksperymentami kompozycyjnymi (zagęszczenie kadrów na niektórych plaszach np. we „Flood!” balansuje na granicy czytelności) tworzą naprawdę niesamowity klimat.

Zwieńczeniem twórczości Drookera są jego okładki dla New Yorkera, wycyzelowane obrazy miasta, które przytłacza swoją monumentalnością a jednocześnie szokuje różnorodnością i egzotyką, zaskakując nawet jego rdzennych mieszkańców.

 
Jeśli ktoś szuka w komiksie czegoś naprawdę oryginalnego i „klimatycznego” warto sięgnąć po prace obu „straszych panów”.
 

Acha, fajny link do strony o komiksiarzach i okładkach płyt (trochę niekompletne ale fajne) :

http://www.lib.msu.edu/comics/rhode/music.htm

04/08/2007

Zachwyt podszyty niesmakiem

Tak już mam, że jeśli leci w telewizji, któryś z moich ulubionych filmów, to go oglądam, nawet jeśli na półce leży wypasione DVD w rozszerzonej wersji, z dodatkami, komentarzami itp.

No i obejrzałem w ten sposób po raz n-ty „Trio z Belleville” i po raz n-ty zacząłem się zastanawiać jakimi krętymi ścieżkami schodzą i rozchodzą się drogi twórców, pozostawiając w punktach zejścia i rozejścia ślady w postaci komiksów czy filmów.

Nicolas de Crecy i Sylvain Chomet stworzyli wspólnie trylogię „Leon la Came”, de Crecy zajmował się stroną graficzną, Chomet odpowiadał za scenariusz. I pozornie wszystko gra, bo komiks wyszedł niezły, obaj panowie wywiązali się ze swoich zadań, zachowując przy okazji własny, charakterystyczny styl.

Współpraca trwała kilka lat (albumy były publikowane w latach 1995-98) po czym ich drogi się rozeszły, tyle tylko, że kilka lat później (2003), Sylvain Chomet staje się twórcą o światowej sławie, a jego „oryginalna” wizja p.t. „Les Tripllets de Belleville” podbija serca kinomanów, wzbudzając podziw zarówno zwykłych zjadaczy chleba jak i fachowców (nominacja do Oscara w kategorii „animowany film długometrażowy”).

I tu zaczynają się schody, bo praktycznie cały film to „ożywione” rysunki Nicolasa de Crecy, żeby było śmieszniej to nie są to rysunki z ich wspólnej trylogii „Leon la Came” tylko z albumów komiksowych, które de Crecy tworzył w tzw. międzyczasie.

Samochody, monumentalne drapacze chmur, kolosalne transatlantyki, ba, nawet postacie (łącznie z psem), wszystko to można znaleźć na kartach takich komiksów jak „Foligatto” (1991), „Monsieur Fruit” ( 1995-96) czy „Le Bibendum Celeste” (1994-2002).

Grzebiąc trochę głębiej można znaleźć informację, że Nicolas de Crecy pracował jako dyrektor artystyczny przy wcześniejszym (1998) filmie animowanym Chometa „La Vielle dame et les pigeons” (trzeba oczywiście trochę pogrzebać, bo sam film jest praktycznie wszędzie sygnowany i omawiany jako wcześniejsze, oryginalne i samodzielne dzieło twórcy „Trio z Belleville”).

Hm…w animacji filmowej „dyrektor artystyczny” odpowiada min. za projekty graficzne postaci, scenografię, zaplanowanie ujęć na podstawie scenopisu, nadzoruje bądź osobiście wykonuje storyboardy itd., a zespół asystentów i animatorów rozrysowuje jego projekty zachowując styl graficzny „dyrektora” i jeśli ludzie z tej ekipy pracują nad innym filmem to są w stanie bez problemu skopiować projekty i elementy animacji wypracowane przez takiego „dyrektora artystycznego”.

 

W sieciowych dysputach francuskich pasjonatów, obrońcy Chometa powołują się na słowa Picassa (w swobodnym tłumaczeniu: „Jeśli coś mi się podoba to to kradnę”), swego czasu, w forumowej dyskusji n.t. „Trio z Belleville” Jerzy Szyłak stwierdził, że jeżeli takie działanie owocuje czymś wybitnym to jest usprawiedliwione i akceptowalne.

A ja nie wiem, bo tak jak w konfliktach na linii Frank Miller vs. Marvel (w kwestii praw autorskich do „Elektry”) czy Giger vs. Brandywine Productions (w kwestii praw autorskich do wizerunku Aliena) argumenty przemawiają na korzyść obecnych posiadaczach praw autorskich, tak w przypadku „Trio z Bellville” oryginalność wizji Chometa budzie we mnie bardzo mieszane uczucia.

I za każdym razem, kiedy oglądam ten film, zachwycam się wszystkimi jego elementami, sposobem animacji, klimatem, fabułą etc. a jednocześnie cichy głos z tyłu czaszki szepcze: „to nie oryginał, to tylko piękna, urzekająca i porywająca kopia”.

 
Nicolas de Crecy tworzy kolejne niesamowite albumy („Prosopopus”, „Periode galciaire”) stopniowo zdobywając uznanie wśród pasjonatów i koneserów komiksowych opowieści na całym świecie, Sylvain Chomet, opromieniony sławą „Trio z Belleville” pracuje nad kolejnymi animacjami, psy szczekają, karawana idzie dalej.

 

 

 

Komentarze Komentarze [0]



» Archiwum



» O autorze


» Linki